6 miesięcy

Pół roku. Tyle właśnie miałam podróżować gdy w pierwotnej wersji planowałam tę wyprawę. I pewnie dziś siedziałabym już w samolocie z powrotem, gdyby nie moje silne przekonanie, że podejmuję właściwą decyzję.

Tak czułam 6 miesięcy temu. Cóż, dziś więc wypadałoby jakoś tę drogę podsumować. O na przykład tak: 4 kraje, 2 półkule, 4 centra medytacyjne, 5 szkół jogi, 2 wulkany i ponad 10k kilometrów. Nieeee…statystyka nigdy nie była moją mocną stroną;) Napiszę więc o emocjach. Tych zaś było wiele, a wybierać mogłam z całego dostępnego człowiekowi wachlarza uczuć. Od ekscytacji po lęk. Od zmęczenia po ciekawość. Marzyłam o tej podróży mocniej niż o czymkolwiek zdarzyło mi się w życiu marzyć. Czułam, że Azja mnie woła, jakbym już tu kiedyś była, lecz inaczej niż dotychczas, nie na wakacjach. Mimo to, wciąż lubiłam swoją zwykłą codzienność. Nie miałam potrzeby nigdzie uciekać. Lubiłam swoją pracę, w której rozwinęłam się jak nigdy przedtem. Uwielbiam ludzi z którymi pracowałam. Miałam świetną szkołę jogi trzysta metrów od biura. A jeszcze bliżej miałam przyjaciół. Żyć nie umierać, czegoś mi jednak brakowało. Wszystko w zasadzie było w moim życiu ok, a jednak gdzieś w głębi serducha czułam jakąś…pustkę. Może „ok” – to za mało? No więc walczyłam tak ze sobą przez dobre kilka miesięcy. Moja silnie analityczna, masochistycznie wręcz analizująca każdy dotychczasowy ruch głowa przegrała tym razem bitwę z brzuchem, który poczuł zew przygody i nie dał się przekonać, że rzucenie pracy i przeznaczenie wszystkich oszczędności na wycieczkę do Azji to bądź co bądź przyjemnie brzmiąca, acz ryzykowna gra. Bitwa na emocje. Tak, to właściwe określenie (komunikacja militarna pasuje w tym przypadku jak ulał;)) A może to dusza miała ostatnie słowo? Teraz już wiem co stanowiło tę pustkę. To było pudełko na duszę z uchylonym wieczkiem. Duchowość – to właśnie ten ludzki aspekt kulał u mnie najbardziej, za tym pędzę. Trochę jeżdżę, coś tam po drodze zwiedzam, ale to właśnie ona przywlokła mnie aż tutaj. I dziś, tak samo jak pół roku temu mam w sobie wiele emocji – często sprzecznych wobec siebie (choć już teraz nauczyłam się akceptować u siebie ten dwoisty aspekt ludzkiej natury;)). Najsilniejszym uczuciem jednak jakie noszę dziś w sobie jest najzwyklejsza w świecie tęsknota. Za moimi ludźmi. Za przyjaciółmi, których wsparcie dodało mi otuchy i spokoju serca, że cokolwiek nie postanowię – będzie dobrze. Nie byłoby mnie także tutaj, w tym szalonym wirtualnym świecie, gdyby nie Ewelinka i Marcin, którzy pomogli mi z blogiem, abym mogła wystartować także z tym marzeniem i następnie dzielić się z Wami pamiętnikiem z podróży (cóż…prawdę mówiąc na tajemnicach social mediów znam się tak samo dobrze jak na dojeniu krów). Przewrotnie zatem – realizując swoje marzenie o Azji, dziś będąc tu – marzę trochę o Warszawie;) Ale jeszcze nie czas wracać do domu, bo dobrze jest marzyć, czyż nie? Jeszcze mam czas, aby dać szansę duszy na znalezienie jej właściwej drogi…jakkolwiek do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *