Duchowość w rozwoju – czyli jak wygląda codzienność w Ashramie

Według definicji wikipedii Ashram to odosobnieniowe miejsce duchowej odnowy. Według mojej – to połączenie klasztoru, uniwersytetu z akademikiem, warsztatu jogi, spa, obozu harcerskiego, pielgrzymkowej destynacji i wakacji detoksykujących.

Na miejsce docieram popołudniu. Wesoły kierowca głośno brzęczącego tuk-tuka doskonale wie gdzie ma mnie dostarczyć, mimo że na pierwszy rzut oka, lokalizacja ta wydaje się być ukryta w dżungli na końcu świata. Gdy na keralskim lotnisku w mgnieniu oka tuż po wyjściu z terminala otoczył mnie gwarny wianuszek pracowitych kierowców, wystarczyło krótko powiedziane „joga, joga” i 5 minut później podróżowałam już do celu podskakującą na dziurawych drogach rikszą. Półtorej godziny później rejestruję swój przyjazd w świątynnej recepcji, dostaję do ręki koc, poduszkę, listę rzeczy których nie wolno i drugą listę z regułami aśramowego życia. Mój przydział to łóżko w wieloosobowym dormie, wyglądającym jak domek na drzewie. W środku 20 prostych łóżek, żadnych szafek, wieszaków czy luster; łazienka w budynku obok. Pobudka o piątej rano, później kolejno medytacje, śpiewanie mantr, joga, lekcje filozofii i praca na rzecz społeczności. Do tego zero alkoholu, kofeiny, muzyki, mięsa czy seksu i milczenie podczas posiłków. Tak będzie wyglądać moja codzienność przez najbliższe tygodnie.

Aśramy jako miejsca duchowej odnowy, zakładane były w Indiach już w starożytności przez konkretnego nauczyciela – Guru – i skupiały wokół jego nauk daną społeczność uczniów poszukujących duchowego rozwoju, pozostając jednocześnie w pewnej izolacji od zewnętrznego świata. Myślisz więc, że Aśrama to odosobnienie? Ucieczka od społecznego życia? Samotność i asceza? Nie do końca. Na miejscu spotykam szerokie i zróżnicowane grono ludzi, młodszych i starszych, podróżujących z daleka i lokalnych mieszkańców, Europejczyków i Hindusów. Jest to miejsce otwarte dla każdego, można przyjechać w każdej chwili, nie trzeba się nawet anonsować. Jest tylko jeden warunek: na czas gdy Aśrama staje się Twoim domem, podporządkowujesz się do reguł tutejszej codzienności.

Pierwsza noc. Śpię źle, materac jest twardy jak skała, czuję jak drętwieją mi ręce i biodra. Już od rana ból głowy z powodu nagłego odstawienia kawy jest nie do wytrzymania, a po zapoznaniu się z grafikiem dnia już wiem – pobyt tutaj to nie będą wakacje. W końcu samo słowo „śram” oznacza umartwianie się czy też umęczenie, aby poprzez określoną dyscyplinę kroczyć drogą ku wyzwoleniu umysłu. Po to też tutaj przyjechałam, aby oczyścić głowę i rozwinąć swoją osobowość. Aby się zmienić.

Rytm aśramowego życia jest prosty, a harmonogram dnia wygląda codziennie tak samo. Pobudka o 5.20, szybka toaleta i o 6.00 cała społeczność (czyli na daną chwilę około 100 osób) gromadzi się na wspólną medytację. Pierwsze promienie słonecznego światła, śmielej z każdą minutą, przebijają się przez bujną roślinność otaczającą główny hol Ashramu, a my witamy dzień porannym (moim ulubionym) chantingiem. Recytowanie starożytnych pism i mantr w formie śpiewu ma jakąś kosmiczną moc oczyszczania, jakbym rytualnie łączyła się z archetypem ludzkiej duszy. 07.30 herbatka w ogrodzie i o 08.00 wygibasy na macie – czyli praktyka asan. Biorę więc matę pod pachę i pełna ciekawości (mimo bólu głowy, który nadal trzyma) idę na zajęcia jogi. Ale asany to nie wszystko. Dwugodzinna sesja rozpoczyna się od pranajamy – pobudzająca do życia praktyka świadomego oddychania to coś więcej niż „ćwiczenia oddechowe”. Prana to życie. Czuję jakbym dotychczas jechała na „powietrznym autopilocie” i dopiero tutaj zaczęła uczyć się oddychać. Świadomie i mądrze. Poprzez uważność na swoje ciało i sposób w jaki energia przez nie przepływa, zaczynam inaczej postrzegać swoje myśli i uczucia. I mogę nad nimi świadomie panować. Od tej pory to ja decyduję co się dzieje w mojej głowie – nie zaś wyuczone, mentalne schematy. W tym miejscu czuję, że oddycham naprawdę. Z jednej strony Ashram leży nad jeziorem i w niewielkiej odległości od parku narodowego, z drugiej strony otaczają go góry. Naturalne otoczenie sprzyja rozwojowi duchowemu i wzmacnia praktyki mentalne. A wszystko skąpane w niezwykle bujnej, keralskiej roślinności. To miejsce to płuca Ziemi.

W ciągu dnia są dwa posiłki: śniadanie o 10.00 i kolacja o 18.00. Prosta, wegetariańska i satwiczna dieta – bez mięsa, ryb, jajek cebuli i czosnku. Spożywane w skupieniu i milczeniu, z pełną uważnością na to co jem i w jaki sposób jem. Możesz poprosić o dokładkę ile razy chcesz, ale nałóż sobie na talerz tyle ile potrzebujesz aby zaspokoić głód – tutaj nie marnuje się jedzenia. A jak komuś będzie mało (albo zapragnie jajecznicy czy ciastek bananowych) – w ciągu dnia można wymsknąć się do mikro-sklepiku nad jeziorem, gdzie Kumar zręcznie przyrządza najbardziej wyśmienity czaj jaki dotychczas smakowałam. Poza tym sklepik Kumara to centralne miejsce aśramowej socjalizacji – to właśnie tutaj codziennie uczniowie gwarnie toczą głębokie dyskusje na temat poszukiwań sensu życia:)

Vandi, piękna hinduska dziewczyna, z którą najbardziej się tutaj zaprzyjaźniam pochodzi z Kerali, ale do Ashramu przyjechała pierwszy raz.

– „Praktykujesz jogę?” – pytam ciekawa czy wśród mieszkańców kraju pochodzenia jogi jest ona tak samo popularna jak u nas.
„Nie, ale mój tata praktykuje, zachęcił mnie, więc i ja przyjechałam do Ashramu, aby rozpocząć naukę.”

Chwilę później opowiada mi o swojej samotnej, niezwykłej podróży do Ladakh, o studiach inżynierskich, których nie lubiła i o swojej rodzinie. Także o swoim mężu.

„Jak to było w Twoim przypadku” – pytam wścibska – „Czy rodzice zaaranżowali Twoje małżeństwo?”
„W życiu!” – śmieje się Vandi – „W Kerali jest inaczej” – poucza mnie dobrodusznie – „Mamy tutaj najwyższy poziom edukacji w całych Indiach! Mój mąż prowadził wykłady na uczelni, gdy studiowałam. Tak się poznaliśmy.”

Przesiadujemy tak codziennie godzinę albo dwie. Ja opowiadam jej co robiłam do tej pory i o odwiedzonych przeze mnie miejscach w Indiach, ona podsuwa mi pomysły gdzie jeszcze warto pojechać. Gadamy o tym co było na obiad (dobrze wiedzieć co jadłam) i w jaki sposób tradycyjnie przyrządza się te potrawy w Kerali. Wspólnie narzekamy jak bardzo bolą nas już tyłki od siedzenia ciągle w siadzie skrzyżnym na podłodze (podczas medytacji, lekcji, jedzenia…tu właściwie nie używa się krzeseł), albo że ktoś cichaczem wyłączył w nocy nieustannie wirujący wiatrak i parne powietrze nie pozwalało dalej spać. Na koniec planujemy co będziemy robić w piątek – jedyny wolny dzień w Ashramie – można na cały dzień wyjść i pozwiedzać okolice. Postanawiamy wdrapać się na okoliczny szczyt aby zobaczyć wschód słońca, a później odwiedzić centrum rehabilitacyjne dla słoni.

Popołudniowe lekcje filozofii jogi i coaching medytacji to – zaraz po pranajamie – moja ulubiona część dnia. W końcu jestem w Ashramie Swami Sivanandy – Guru, który poświęcił swe życie aby służyć innym ludziom. Nauczyciela, który rozpropagował jogę jako sztukę poprawnego życia na zachodzie i który pokazał nam sposób, w jaki możemy wdrożyć ten piękny, perfekcyjny i praktyczny system samodoskonalenia w warunkach naszej cywilizacji. Nie mam słów, aby wyrazić swą wdzięczność ile się tu nauczyłam. W jaki sposób kontrolować umysł poprzez oddech? Co mi pomoże rozwinąć moją koncentrację? Jakie są korzyści medytacji? Jak joga ma się do Hinduizmu i jak rozumiany jest tutaj Bóg? Co to jest świadomość i jak rozwijać swoją intuicję? Jak się od odżywiać aby znaleźć balans na płaszczyźnie ciało, umysł, emocje, duchowość i jakie elementy starożytnych nauk ajurwedyjskich są dla mnie dobre? Szukając odpowiedzi na te i inne pytania, nie tylko pogłębiłam swoją wiedzę teoretyczną i praktyczną (oj wspaniała była ta biblioteka), ale przede wszystkim zbliżyłam się do swej wewnętrznej mądrości i zaczęłam odnajdywać balans w sobie, dzięki wsłuchiwaniu się w swoją intuicję.

Ale joga to nie tylko „ja dla siebie”, to także „ja dla innych” – czyli codzienne obowiązki na rzecz wspólnoty. Każdy ma tu swoją karmę do odpracowania. Niektórzy sprzątają pokoje, inni pracują w bibliotece. Ja dostaję swój przydział w świątynnym „zakątku zdrowia” – czyli coś w rodzaju baru albo knajpy – gdzie codziennie przez godzinę, razem z pozostałymi karma yogis przyrządzam dla pozostałych praktykujących soczki, herbatki i sałatki owocowe. Na skali fajności ta praca ma 10 / 10 🙂

– „Dwa razy banana vegan shake, ale jeden bez orzechów!” – Vandi krzyczy do mnie przez całe zaplecze.
– „Robi się!” – odkrzykuję i włączam szumiący głośno mixer.

Ashram ten ustanowiono w 1978 roku, w miejscu działającego tu wcześniej ajurwedyjskiego szpitala, który funcjonuje do tej pory. Joga i ajurweda współistnieją równolegle i przenikają się od zawsze – są dwiema starożytnymi, indyjskimi systemami wiedzy, o tym w jaki sposób odnaleźć harmonię umysłu i ciała. Podczas pobytu w Aśramie można zatem zadbać o siebie również na poziomie ciała – m.in. poprzez intensywny detoks organizmu (np. 7-dniowa Panchakarma), albo po prostu zrelaksować się podczas ajurwedyjskiego, olejowego masażu całego ciała (Abhyanga). Jakość usług może spokojnie konkurować z najlepszymi spa, a bujna roślinność otaczająca szpital i widok z tarasu na niecodzienny zachód niemalże płonącego, indyjskiego słońca sprawia, że samo oczekiwanie w recepcji już mnie relaksuje. Można też spróbować oczyszczania narządów wewnętrznych jogicznymi metodami Shat Kriya. Jedną z takich technik jest Neti – oczyszczanie górnych dróg oddechowych za pomocą wody z solą, specjalnego pojemnika i sznureczka. Dzięki udrożnieniu w ten sposób kanału nosowego nie tylko pozbywasz się zalegających tam zanieczyszczeń, ale i podnosisz odporność na przeziębienia, stany zapalne i alergie. No i przede wszystkim, zaczynasz regularnie oddychać przez oba nozdrza, w harmonijny sposób.

Podróżując, często spotykam ludzi pragnących zmiany w swoim życiu, albo przynajmniej mających refleksję nad ich miejscem w codzienności. Podejmują różne inicjatywy rozwoju osobistego, który mimo, że jest ponadzawodowy, często istotnie łączy się z tym czym zajmują się na codzień. „Nie trzeba zaplatać lotosu, wyjechać do Indii i mieszkać w aśramie żeby odnaleźć siebie” –  zgadza się, nie trzeba. Jednak jeżeli coś ma się w naszym życiu zmienić, musimy podjąć działanie. Nie ma jednego słusznego sposobu na rozwój osobisty, ale jedyna opcja aby dać szansę duszy to wziąć się za siebie. Osobiście czułam, że tylko poprzez totalne złamanie swojej strefy komfortu, zmianę kulturową i rozwój duchowy wspierany wschodnią tradycja i praktykami, których nie znalazłam w cywilizacji zachodniej, jestem w stanie prawdziwie skontaktować się ze swoim wnętrzem. Szukałam nauk, które pomogą mi realizować tę duchową misję, jednocześnie nie będąc wyznawcą żadnej z religii. To własnie znalazłam w Aśramie w Indiach.

Aśrama to miejsce, do którego przyjechałam rozwijać swoją duchowość, a właściwie (od tego zacznijmy) zdefiniować co to dla mnie znaczy. Zagłębiając się w praktyki duchowe, medytacji i jogi, a także dzień po dniu funkcjonując w społeczności razem z ludźmi, którzy przyjechali tu w tym samym celu – któregoś dnia uświadomiłam sobie, że przyjechałam tu, aby zdefiniować siebie. Jakby od nowa określić swoją tożsamość. Poszukiwałam spokoju i ciszy, bliskiego kontaktu z naturą i świeżego powietrza. Chciałam się uczyć jogi, jako sztuki życia i drogi prowadzącej do odzyskania harmonii we wszystkim co robię, czuję i myślę. Przyjechałam tu, aby poznać inne techniki rozwoju osobistego niż to, co znałam ze swojego zachodniego świata. Poprzez proste życie w aśramowej społeczności, z dala od zewnętrznego świata (i kompletnie bez kontaktu on-line z miejscami, w których w tym momencie mnie nie ma) – mogłam otworzyć swój umysł i zmienić perspektywę na siebie i na to co dookoła mnie. To doświadczenie było niezwykłe, totalnie oczyszczające na poziomie mentalnym i emocjonalnym, cielesnym, duchowym, psychicznym i jakkolwiek osobistym. Ashram to nie odosobnienie, gdzie pozostajesz sam ze sobą w totalnej izolacji – istotą tego ośrodka jest społeczność ludzi, którzy przyjechali poznać albo rozwinąć swoją wiedzę i duchowość, w określonej tradycji nauczania. Poznałam tutaj grono wspaniałych ludzi, z którymi wspólnie pracowałam, uczyłam się, wymieniałam się podróżniczymi doświadczeniami i prowadziłam ożywione dyskusje…o życiu:)

Swami Sivananda założył pierwszy Ashram w Indiach w roku 1932, następnie wraz ze swoim uczniem Swami Vishnudevananda rozszerzył nauczanie na Zachodzie, gdzie powstawały kolejne ośrodki. Nie musisz jechać do Indii, ani nie potrzebujesz pół roku wolnego, aby zrobić coś dla siebie, przestawić się na trochę inny sposób wykorzystania czasu, który masz. Ashramy Sivanandy znajdziesz na całym świecie, także w Europie – są to miejsca otwarte dla każdego, kto wierzy, że poza codziennością „od dziewiątej do piątej” i zadaniowym trybie realizacji kolejnych celów naszego życia – jest coś więcej. Dla każdego, kto ma pełen ciekawości umysł, otwarte serce i…duszę w procesie rozwoju;)

www.sivananda.org

 

 

  • Odpowiedz Domi 7 czerwca 2018 at 19:32

    Pochłonęłam wpis jednym tchem, bo pobyt w Aśramie to moje marzenie! Jak długo tam byłaś?

    • Odpowiedz Kasia "Podróż to stan umysłu" 8 czerwca 2018 at 12:57

      Dzięki! Byłam tam dwa tygodnie, tyle trwał program „yoga vacation” – choć niektórzy przyjeżdżali również na krócej (min 3 dni).

  • Odpowiedz Marzena Dziuba 19 czerwca 2018 at 14:41

    Witam Cię serdecznie,bardzo dziękuję za ten wpis.Praktykuję jogę o 13 lat,wybieram się do Ashramy.Podpowiedz mi proszę jak to zorganizować?Ile wcześniej kupić bilet,jakie są koszty związane z wyjazdem.I czy muszę wysłać jakieś zgłoszenie,rezerwację,aby być w ashramie.Za wszelkie informacje będę wdzięczna.Namaste

    • Odpowiedz Kasia "Podróż to stan umysłu" 23 czerwca 2018 at 09:37

      Marzena, przepraszam za poźną odpowiedz (w podrozy roznie bywa z dostepem do siecie;)). Jezeli chodzi o Ashram Sivanandy w Kerali (http://sivananda.org.in/neyyardam/), nie trzeba sie wczesniej rejestrowac o ile jest dla Ciebie OK spac w dormie (To jest najtansza opcja). Jezeli chcialabys miec pokoj, wowczas trzeba sie z nimi skontaktowac (najlepiej mailowo) i zarezerwowac pokoj – to trzeba zrobic kilka miesiecy wczesniej. To jezeli chodzi o „yoga vacation” – czyli to ashramowe zycie, ktore opisalam w swoim poscie. Jezeli zaś interesowalby Cie jakis kurs (np. ayurweda) to trzeba rezerwowac wczesniej i koszty sa wieksze. O kursach wszelkie informacje znajdziesz na ich stronie. Koszt za dzień „yoga vacation” to 840 Rs, czyli ok 46 zł (all included: zakwaterowanie, jedzenie, lekcje, joga, medytacje etc). Dodatkowo placisz tylko jesli chcesz np. zjesc salatke owocowa w barze, a poza tym nie ma dodatkowych kosztow pobytu. Kurs „yoga vacation” zaczyna sie zawsze 1-go oraz 16-go kazdego miesiaca, wiec najlepiej przyjechac dzien wczesniej. Minimalny pobyt w Ashramie to 3 dni. Bezposrednio do Ashramu dostaniesz sie z lotniska w Trivandrum tuk-tukiem (ok 650-700 Rs, czyli jakies 35-40 zł). Jezeli lecialabys tam bezposrednio z Polski, to bedziesz musiala sie przesiasc w Delhi badz Bangalore. Nie musisz martwic sie o organizacje transportu na lotnisku w Trivandrum – jak wyjdziesz z terminala transport sam Cie znajdzie:) Mozna tez jechac autobusem, tak jest taniej, ale trzeba sie przesiadac i pozniej isc kilometr pod góre + jest o wiele dluzej, wiec lepiej tuk-tukiem (kierowcy znaja to miejsce i zawioza Cie bezposrednio pod Ashram). Coż…chyba tyle:) Jezeli masz jeszcze jakies pytania pisz smialo:) Moze jeszcze wspomnę, że jogi nie praktykuje sie w legginsach – trzeba miec wygodne luzne spodnie. Siatki przeciw moskitom są na miejscu, wiec nie musisz zabierac. Jezeli interesowalyby Cie pozostale lokalizacje Ashramow Sivanandy – znajdziesz je takze na ich stronie http://sivananda.org.in/ Pozdrowienia i powodzenia!!! 🙂

  • Odpowiedz Marzena Dziuba 24 czerwca 2018 at 07:11

    Kasiu dziękuję bardzo za wyczerpującą odpowiedź.Ja bardziej myślę o Punie ,ale to co napisałaś jest bezcenne w szczególności o tych spodniach,nie wiedziałam.Jaki czas wcześniej kupowałaś bilety lotnicze?Pozdrawiam serdecznie.

    • Odpowiedz Kasia "Podróż to stan umysłu" 24 czerwca 2018 at 11:42

      W Punie jest Osho – słynny i dobry Ashram, lecz niestety bardzo drogi. Bilety myślę najlepiej kupić ok 2-3 miesięcy przed wylotem (albo polować na promo) ja też mniej więcej tak kupiłam wtedy bilet do Indii z Warszawy.

  • Odpowiedz Marzena Dziuba 24 czerwca 2018 at 14:10

    Bardzo dziękuję za odpowiedź i poświęcony mi czas.
    Wszystkiego dobrego życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *