Koh Mak – urlop w podróży

Wyspa zupełnie bez kultury, tradycyjnych społeczności i wielkich atrakcji. Ale za to również bez tłumów turystów, korków, głośnych promenad i zatłoczonych plaż.

Wydawać by się mogło, ze wakacyjny przystanek na tajskiej wyspie nijak się ma do podroży, która jest dla mnie duchową wyprawą. Nie ma tu żadnej szkoły jogi ani centrum medytacyjnego, próżno też szukać jakichkolwiek zabytków. A jednak ta wyspa, miejscami jakby opuszczona i prawie bezludna, to dla mnie ważny punkt na mapie poznawania siebie samej.

Oprócz krótkiego pobytu bardzo dawno na Krecie, nigdy nie wybierałam miejsc tego typu na urlop. Plażowanie mnie nie kręci, a woda nie jest moim żywiołem. Wolałam powłóczyć się po zatłoczonym NYC, albo zjechać w 3 tygodnie Birmę z góry na dół. Nie oceniam, ze to było złe albo dobre – w końcu nadal lubię wielkie miasta i uwielbiam intensywne zwiedzanie. Wybieram jednak postój na tej wyspie nie przypadkowo. Cóż, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nicnierobienie i sztuka relaksu nie są moją mocną stroną. „Jeśli nie zrobię tego teraz, nie zrobię tego nigdzie” – myślę sobie, próbując całymi dniami wyciszyć się i zwyczajnie poodpoczywać, trenując bycie w jednym tylko momencie, nie inaczej. Bez planowania kolejnych kroków i rozmyślania o ważnych życiowych decyzjach. Bez pośpiechu.

Jestem piąty miesiąc w swojej podróży po Azji i dziś mam tę refleksję. Trochę inną niż zwykle, tym razem nie o tym, jak to jest super pięknie, ale że dłuższa podróż bywa też czasem…bardzo męcząca! Po prostu. Gdy rozmawiam z moimi znajomymi, których zostawiłam w Warszawie i wspomnę czasem, że np. miałam ciężki dzień albo jestem zmęczona odpowiadają mi: ” Ha Ha…jak to zmęczona? Przecież jesteś cały czas na wakacjach!”  I wtedy myślę sobie „Rany, coś jest chyba ze mną nie tak”. W sumie to nie pracuję, nie muszę ogarniać dzieciaków rano, spełniam swoje marzenia – nie mam prawa być zmęczona!!! Ale później porzucam oskarżanie siebie, bo podróż jak wszystko w życiu, ma swoje piękne, ale i ciemne strony. Szczególnie, gdy podróżujesz sama – nikt nie poniesie za Ciebie plecaka, ani nie zajmie się organizacją noclegów. Nie masz również czasu na rozpakowanie kosmetyczki i zrobienie sobie perfekcyjnego manicure;) Ale to są banały. Do zmęczenia fizycznego dochodzi tęsknota za bliskimi, brak własnej przestrzeni, czasami samotność, czasami „bezdomność”. Gdy spotykam po drodze dziewczyny, podróżujące tak jak ja – solo – wymieniamy się tym swoim „narzekaniem” (jednak raczej nazwałabym to stwierdzeniem faktu jakim jest poczucie zmęczenia) i od razu jakoś tak robi mi się lżej na duszy, że wszystko jest ze mną ok i owszem, nawet żyjąc pełnią życia – mam prawo być czasami zwyczajnie zmęczona i to nie jest nic złego.

Koh Mak mi pomaga – nęci kojącym szumem fal, zjawiskowo rozgwieżdżonym nocą niebem i baśniową plażą z piachem bielszym oraz drobniejszym od mąki. Wyspa zaprasza mnie, abym zintegrowała się z jej klimatem przepełnionym trybem bycia tu i teraz. Jest jakaś magia w subtelności tego miejsca, która całkowicie mnie pochłania. Zostaję parę dni dłużej.

 

 


Krótkie info praktyczne↓

Transport:
Na wyspę Koh Mak z łatwością dostaniecie się z autobusowego dworca wschodniego w Bangkoku – Ekkamai (tuż przy stacji metra o tej samej nazwie), z którego codziennie odjeżdżają mini-vany do miejscowości Trat (co godzinę od 6 rano, ok 28 zł, 5 godzin) i duże autokary (co godzinę od 5 rano, ok 24 zł, 6 godzin). W Trat mini-van lub autokar wysadzi was na parkingu, gdzie będą czekać taksówki, które za ok 11 zł zawiozą Was bezpośrednio do portu Laem Ngop na prom, a konkretnie na tzw. speedboat, która w niecałą godzinę zawiezie Was na wyspę Koh Mak. Bilet na łódź możecie kupić na postoju taksówek, albo w porcie – cena jest ta sama i wynosi ok 46 zł. Na wyspie z portu odbierze Was załoga hotelu, w którym się zatrzymacie.

Noclegi:
Koh Mak nie jest super tanią wyspą dla backpakersów, nie ma tu hosteli z tanimi łóżkami w dormach czy budżetowych pól namiotowych. Na wyspie są raczej eleganckie resorty, z cenami od ok. 300 zł / noc. Jeżeli możecie sobie pozwolić na taki luksus, moje ulubione miejsca to Lazy Day Resort (super spokojnie, biały piach na plaży) albo CocoCape Resort (odjazdowe zachody słońca i genialny pomost). Jeżeli jednak szukacie miejsc low-costowych, na wyspie są tylko dwa takie ośrodki: Baan Ing Kao albo moje ukochane, super klimatyczne, prowadzone przez tajską rodzinę Island Hut – znajdziecie tu tanie, drewniane domki w cenie od ok 26 zł do 60 zł (w zależności od odległości od morza, ale cały ośrodek położony jest właściwie na plaży). Na miejscu jest też restauracja z domowym i niedrogim jedzeniem.

Ważne:
Na wyspie Koh Mak nie ma bankomatu i w większości miejsc nie można płacić kartą, więc upewnijcie się, że macie ze sobą odpowiedni zapas gotówki 🙂

  • Odpowiedz miłka 17 kwietnia 2018 at 16:08

    Cudnie! Dzięki za piękny wpis! Ja też uwielbiam intensywne zwiedzanie ale czasami jednak potrzebne jest żeby się wyciszyć

    • Odpowiedz Kasia "Podróż to stan umysłu" 18 kwietnia 2018 at 03:38

      Dokładnie Miłka!
      Gdy rozmawiam z moimi znajomymi, których zostawiłam w Warszawie i wspomnę czasem, że np. miałam ciężki dzień albo jestem zmęczona odpowiadają mi: ” Ha Ha…jak to zmęczona? Przecież jesteś cały czas na wakacjach!” I wtedy myślę sobie „Rany, coś jest chyba ze mną nie tak”. W sumie to nie pracuję, nie muszę ogarniać dzieciaków rano, spełniam swoje marzenia – nie mam prawa być zmęczona!!! Ale później porzucam oskarżanie siebie, bo podróż jak wszystko w życiu, ma swoje piękne, ale i ciemne strony. Szczególnie, gdy podróżujesz sama – nikt nie poniesie za Ciebie plecaka, ani nie zajmie się organizacją noclegów. Nie masz również czasu na rozpakowanie kosmetyczki i zrobienie sobie perfekcyjnego manicure;) Gdy spotykam po drodze dziewczyny, podróżujące tak jak ja – solo – wymieniamy się tym swoim „narzekaniem” (jednak raczej nazwałabym to stwierdzeniem faktu jakim jest poczucie zmęczenia) i od razu jakoś tak robi mi się lżej na duszy, że wszystko jest ze mną ok i tak, nawet żyjąc pełnią życia – mam prawo być czasami zmęczona, powiedzieć to na głos, a później poleżeć brzuchem do góry:) I to nie jest nic złego:)

  • Odpowiedz Basia 18 kwietnia 2018 at 11:01

    Mam dokladnie tak samo! Czasem mowie siostrze, ze zatrzymalismy sie na jeden dzien i po prostu odpoczywamy, bo jestesmy zmeczeni, a ona pyta: ale po czym, przeciez od dwoch lat nie pracujecie!?:)
    Czasem porownuje, ze kiedy podrozowalismy busem i odpadalo szukanie niemal codziennie noclegow (a czesto porownujemy 2-3 miejsca), rozpakowanie i pakowanie plecaka, a do tego mielismy zawsze swoj kawalek przestrzeni, swoje rzeczy w zasiegu reki, to bylo jakos tak lzej psychicznie. Ostatnie tygodnie w Azji intensywnie zwiedzalismy i juz czekam na przystanek na jakiejs wyspie. Takie uroki i taki rytm dlugiego podrozowania. Pozdrawiam!

    • Odpowiedz Kasia "Podróż to stan umysłu" 19 kwietnia 2018 at 05:50

      Mam takie wrażenie Basiu, że ten rodzaj zmęczenia jesteśmy wstanie zrozumieć u siebie nawzajem tylko my podróżnicy:) Dodatkowo poruszyłaś jeszcze jedną, bardzo ważną kwestię, jak to nazwałaś „swój kawałek przestrzeni”. Czyż nie jest tak, że to zmęczenie fizyczne idzie także w parze z tęsknotą za przyjaciółmi i za swoją przysłowiową pułeczką na bibeloty? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *