Spotkanie z Dalajlamą

Jest środa 22.30, siedzę w swoim pokoju w piżamie, właściwie kładę się już spać. Nagle moja współlokatorka wpada i wrzuca bombę: jutro rano w Bylakuppe, jakieś 2h drogi stąd, jest spotkanie z Dalajlamą!!! Jedziesz?

Decyduję się w ułamek sekundy, pewnie, że jadę!!! Podobno Dalajlama ma przemawiać na otwartej konferencji dla mnichów, na którą mogą przyjść także osoby z zagranicy. Ok, będzie rano w Bylakuppe, tyle wiem. W której świątyni dokładnie – nie wiadomo. Godzina nieznana. Dobra, jest trochę późno, ale spokojnie, najważniejsze to szybko zorganizować jakiś transport. Bylakuppe to kompleks świątyń, jedna z pierwszych tybetańskich osad w stanie Karnataka w Indiach, jakieś dwa godziny drogi od Mysore, w którym mieszkam. Szybko wysyłam informację do znajomych kto jeszcze chce jechać, na innym czacie dogaduję się z jeszcze dwiema koleżankami. Nagle ktoś napisał, że mimo iż konferencja jest otwarta, zagraniczne osoby muszą mieć specjalne pozwolenie i przejść wcześniejszy proces rejestracji – czyli stawić się osobiście w Delhi. Podobno jacyś ludzie pojechali wczoraj i nie weszli. Podobno na miejscu tłumy, podobno ciężko się dostać do środka. Nie podano też godziny rozpoczęcia. Dużo niewiadomych, mało gwarancji sukcesu planu. Nie skupiam się na tym, odcinam wszelkie negatywne przewidywania i intelektualną obróbkę faktów pt. czy warto jechać. Dziewczyny zaczynają się wahać. Jedna jest bardzo zmęczona i musi się wyspać, druga nie chce opuścić porannej praktyki jogi, trzecia ma tygodniowy kurs gotowania (mówi, że będzie wolniejsza w przyszłym tygodniu…hmm…tylko czy Dalajlama poczeka? :)) Znajomi nie odpisują, jest późno, pewnie już śpią. Wynajęcie samochodu samej jest za drogie, próbuję więc jakoś…namówić koleżanki (samo to zdanie brzmi absurdalnie gdy je piszę, namawiać kogoś na spotkanie z Dalajlamą…). Za późno, żeby sprawdzić czy jedzie tam jakiś autobus. Wpada następna plotka: podobno jacyś ludzie z Mysore spotykają się o 5 rano przy coconut standzie, mają wynajęty van i jadą (coconut stand – miejscówa gdzie facet sprzedaje kokosy; ogólnie centralne miejsce tutejszych spotkań, coś w stylu poznańskiego Pręgierza czy warszawskiej Rotundy:)). Podobno ci ludzie mają jakieś wolne miejsce w samochodzie, choć właściwie to nie wiadomo nawet kto to organizuje. Nie ma kontaktu do żadnej z tych osób, nikogo z nich nie znam, nie ma kogo zapytać. Jest już po 23.00 dziewczyny nie mogą się zdecydować, aż w końcu odpuszczają. Ale nie ja. Jak to mówią, w każdej plotce jest ziarno prawdy, więc myślę sobie, co mi tam…wstanę o 4 i podjadę na ten coconut stand, zobaczę. Może jadą, może mają miejsce…

Kładę się kawałek po północy, próbuję zasnąć, ale już nie mogę się doczekać dzwonka budzika o 04.00 rano. Na wszelki wypadek ustawiam trzy alarmy. Budzę się, wyskakuję z łóżka, szybko zalewam domową granolę mlekiem migdałowym i nastawiam kawiarkę (no jasne, że włoską!). W międzyczasie wrzucam do plecaka najważniejsze rzeczy: zapasową baterię do aparatu i obiektyw do portretów (ja zdjęcia Dalajlamie nie zrobię?!?). Łapię kluczyki do skutera i wychodzę. Zbiegam ze schodów przywołując wszystkie moce kosmosu do silnika mojej różowej strzały. Powtarzam w myślach jak mantrę: „Niech dziś zapali, błagam. Niech dziś zapali, błagam” (od 4 dni skuter ciągle się psuje, dwa razy oddawałam go do mechanika). Przekręcam kluczyk pełna nadziei. Jest. Zatrybił. Pędzę! Nie jestem królową indyjskich szos, raczej jeżdżę powoli próbując ogarnąć się w tym streetowym chaosie, tym razem jednak osiągam max swoich możliwości, czyli prędkość 45 km/h:) Jak się spóźnię nikt na mnie nie poczeka, ani ja nie wiem co to za ludzie, ani oni nie wiedzą, że do nich jadę. Nie mam kontaktu do nikogo, właściwie to nawet nie wiem czy ktokolwiek się tam spotyka. Powoli zbliżam się na rzekome miejsce spotkania. Z daleka widzę jakiś większy samochód. Serce zaczyna bić mocniej. Podjeżdżam bliżej, jest jakiś gość, Hindus, chyba kierowca. Pytam czy jedzie do Bylakuppe. Odpowiada, że tak:)

Jest nas 8 osób. Międzynarodowa ekipa pełnych nadziei i niewyspanych joginów z różnych krajów: Serbia, USA, Finlandia, Włochy, Słowenia, Australia i ja z Polski. Po 2 godzinach jesteśmy na miejscu, idziemy w stronę klasztoru Sera-Mey. Dookoła dużo ludzi, wszędzie pełno buddyjskich mnichów i Tybetańczyków. Szukamy wejścia dla osób z zagranicy. Jest! Chwila prawdy. Czy nas wpuszczą? Żadne z nas nigdzie się nie rejestrowało, nikt nie ma pozwolenia na uczestnictwo w wykładzie. Niewielu tu turystów, nikt nie stoi w kolejce. Za to tuż za bramką całkiem spora kolejka mnichów witających gości poczęstunkiem i przeszukaniem torby. Wchodzimy bez problemu, trzeba tylko pokazać kopię swojego paszportu (o tym też wcześniej nie wiedziałam, na szczęście zawsze mam kopię w plecaku). Na wejściu dokładnie nas sprawdzają. Aparaty niedozwolone. Żadnych telefonów. Każą mi wyjść i zostawić gdzieś aparat, inaczej mnie nie wpuszczą (serce mi pęka na sekundę – już wiem, że nie będę miała żadnych zdjęć, ale nie mam czasu się tym teraz przejmować) – muszę się pozbyć sprzętu. Samochód jest zaparkowany za daleko, żebym zdążyła się wrócić. Buddyjskie „security” nie ma żadnych skrytek, mówią tylko że mam wyjść, zostawić gdzieś aparat i wtedy mogę wrócić. „Ale gdzie”, pytam? „W sklepie spożywczym”, odpowiada mnich:)

Biegam w tą i z powrotem, w końcu znajduję pierwszy lepszy sklepik. Wrzucam swój sprzęt „za ladę” i niewiele myśląc o tym czy za kilka godzin, gdy po niego wrócę nadal tam będzie, biegnę z powrotem do świątyni. Jestem. Zdyszana i szczęśliwa przechodzę przez bramę, na wejściu dostaję jeszcze od równie wesołych mnichów bułeczkę, herbatę i kilkanaście uśmiechów, że zdążyłam. Weszliśmy, jesteśmy w środku. Idziemy na wykład XIV Dalajlamy – duchowego przywódcy Tybetańczyków, człowieka ikony.

Na początku czuję się trochę niepewnie. Jak mam się zachować? Gdzie powinnam usiąść? Czy można podejść bliżej? Usadawiamy się przy chyba centralnym miejscu na jakimś placu, który wygląda na nowo zbudowany albo niedawno odrestaurowany. Jest zimno jak cholera, czy w oddalonym 90 km Mysore jest inna pora roku? Siedzimy na betonowej posadzce (tzn. na lodowatej betonowej posadzce). Plac wygląda jakby Dalai miał tędy przejść w kierunku zadaszonego wejścia do klasztoru, gdzie w oddali widać scenę i tron – tam zapewne usiądzie. No dobra, tu zostańmy, może tędy przejdzie, to przynajmniej choć na chwilkę go zobaczymy. Przemawiać ma w języku tybetańskim. Nieważne. Sama atmosfera tego miejsca i wydarzenia sprawia, że czuję magię we krwi. Zbliża się 08.00. Mnisi i Tybetańczycy dookoła gromadzą się. Są ich tu setki. Wszędzie wokół widać szafranowo-żółte szaty, nad głowami powiewają kolorowe flagi modlitewne. Co za miejsce! Wspaniała energia! Siedzimy w oczekiwaniu. Nikt nic nie mówi. Patrzymy tylko na siebie w niedowierzaniu – czy to się dzieje naprawdę?

O 08.30 gongi zaczynają bić. Głośno odprawiana mantra przeszywa każdą komórkę mojego ciała, jakbym była jednością z tym potężnym dźwiękiem. Tradycyjnie ubrane tancerki tybetańskie zaczynają poruszać się rytmicznie rozpoczynając tym samym celebrację powitania dzisiejszego Gościa. Nagle wjeżdżają trzy samochody. Jest. Przyjechał. Z samochodu wysiada znana wszystkim, pogodna i uśmiechnięta twarz. Jego Świątobliwość, XIV Dalajlama jest tutaj. Ja jestem tutaj. Setki mnichów dookoła są tutaj. Kosmos jest tu i teraz.

Po przywitaniu się, Dalai przecina wstęgę i przechodzi przez krótki korytarz w stronę sceny. Już teraz wiem, że swoją wizytą inauguruje nowy, zadaszony dziedziniec klasztoru, którego budowę finansował z zebranych dotacji, aby mieszkający tu mnisi mieli miejsce spotkań osłaniające ich głowy od słońca i deszczu. Ludzie zaczynają podchodzić bliżej. Spróbujmy, najwyżej nas cofną. Podchodzimy z nieśmiałością, aż w końcu jeden z mnichów zaprasza nas jeszcze dalej wgłąb, do strefy dla gości specjalnych i wskazuje nam miejsce do siedzenia na miękkich poduszkach. Lepiej być nie może:) A może jednak może? Po chwili orientuję się, że siedzę dosłownie obok tłumacza, który będzie przekładać wykład Dalajlamy z tybetańskiego na angielski. Czy to się dzieje naprawdę vol.2:) Nie tylko mogę tu być, nie tylko mogę widzieć, mogę też słyszeć. Mogę się uczyć. Pożyczam od mnicha obok kartkę i długopis, żeby robić notatki. Siedząca obok Chinka daje mi do ręki buddyjską Sutrę Je Tsongkhapy „In Praise of Dependent Origination”, którą Dalai będzie dziś wyjaśniać. Siedzę jakieś 10 metrów od Dalajlamy, jednego z najbardziej niezwykłych ludzi na tej ziemi. Nadal głośno czuję dźwięk gongów i mantry. Niemalże dotykam tego dźwięku, łzy płyną same. Zaczyna się.

Dalajlama cały czas się uśmiecha. Mówi o sprawach ważnych, ale nie jest przesadnie poważny. Naucza o buddyjskiej filozofii, która nie polega jedynie na wierze, lecz wymaga użycia naszej inteligencji, aby poznawać i zrozumieć naturę rzeczy, gdyż niewiedza („ignorance”) powoduje cierpienie. Wspomina, że indyjskie postrzeganie działania umysłu i emocji wyrosło z doświadczania praktyk koncentracji, w których brał udział Budda medytując pod drzewem Bodhi. Następnie Dalai wyraża swój podziw dla religijnej harmonii panującej w Indiach, którą uznaje za przykład dla innych. Dodaje, że każda tradycja religijna przekazuje przesłanie miłości i współczucia, tolerancji i przebaczenia, zadowolenia i samodyscypliny. Opowiada historię człowieka, katolika, którego spotkał podczas podróży do Barcelony i o tym, jak zainspirował go błysk w oku tego mężczyzny, gdy Dalajlama słuchał jego opowieści o przedmiocie jego medytacji.
O miłości. Następnie przechodzi do wyjaśnienia Sutry „In Praise of Dependent Origination” tłumacząc
, że główną przyczyną cierpienia jest nasze przywiązanie do poczucia niezależnie istniejącego ja („self”). Budda nauczał, że ponieważ rzeczy istnieją w zależności od innych obiektów, są one pozbawione wewnętrznej egzystencji, a cierpienie jest zakorzenione w niewiedzy. Kluczem zaś do poszerzenia wiedzy jest pełne wykorzystanie naszej ludzkiej inteligencji. Od czasu do czasu Dalai żartuje, audytorium setek ludzi się śmieje. Jego obecność w Bylakuppe to ważne wydarzenie dla wszystkich zgromadzonych, ale nie jest pompatycznie. Logistycznie wszystko zorganizowane jest świetnie, lecz nie czuję, aby ktokolwiek dookoła się stresował. Dalajlama przemawia, młodzi mnisi rozdają w międzyczasie poczęstunek, herbatę z mlekiem i wodę. Nic się nie „wywaliło”, wszystko jakoś tak „na spokojnie”.

Gdy sobie przypomnę, jak kilka tygodni wcześniej sama organizowałam duże biznesowe spotkania, projektowe „milestone’sy”, catering oraz tłumaczy dla przyjezdnych z zagranicy gości oraz stres który mi przy tym towarzyszył, aby wszystko było perfekcyjnie dopięte, to dziś myślę sobie, że może następnym razem spróbuję podejść do sprawy inaczej, trochę bardziej po ludzku. Po ludzku – czyli mniej perfekcyjnie,‏
z przestrzenią na swoją niedoskonałość oraz uśmiechem na twarzy. I luzem. To pierwsza rzecz, która zabieram dla siebie z tego niezwykłego dnia. Tego się dziś nauczyłam o sobie, dziękuję Ci za to, Dalajlamo. Lecz to nie wszystko. Uwielbiam fotografować, ale podczas konferencji nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, nie wrzuciłam żadnego instastory i nie wysłałam żadnej wiadomości do oddalonych o tysiące kilometrów znajomych, na bieżąco informując ich o tym co właśnie robię, gdzie jestem, co przeżywam. Oczywiście, że chciałabym zapamiętać te obrazy w jpeg’ach i jasne, że chciałabym dzielić emocje z ważnymi dla mnie ludźmi. Jednak dzięki temu, że mnisi nie wpuścili do środka ani aparatu, ani facebooka, ani whattsappa – mogłam doświadczyć tych chwili w pełni. Mogłam być „tu i teraz”, przeżywać ten moment. Nie tylko słuchałam Dalajlamy, ale i mogłam go usłyszeć. Moja zawsze przyklejona do telefonu dłoń, mogła teraz dotknąć dźwięku tybetańskiego gongu. Mój zawsze zajęty wszelkimi dystraktorami umysł, mógł doświadczyć uważności i skupienia. Na jednej rzeczy, w jednym momencie. Bez udawania, że świetnie sobie radzę z multitaskinkiem. Tego dnia, dowiedziałam się o sobie jeszcze więcej – trzymając się sztywno swojego planu i dziennej rutyny mogę przegapić zbyt wiele w życiu. Analizując wszelkie za i przeciw, rozkminiając i poddając swoje działania intelektualnej obróbce ignoruję głos intuicji, mojej wewnętrznej super-doradczyni, która zawsze chce dla mnie dobrze. To właśnie ona szepnęła mi dziś rano do ucha: „hej śpiochu, wstawaj o 4 i po prostu spróbuj, dobra?”.

Po zakończeniu spotkania z Dalajlamą zwiedziliśmy jeszcze 2 inne świątynie w Bylakulppe. Przepiękne, inspirujące miejsce. Pewnie każde z naszej ósemki przeżywało ten dzień na swój sposób, ale w jednym byliśmy zgodni: brak słów, by opisać ten dzień. To niezwykłe doświadczenie sprawiło, że po spotkaniu i wysłuchaniu Dalajlamy, potrzebowałam pozostać kilka dni…w milczeniu. Teraz, po paru dniach, cieszę się, że spisałam swoje wrażenia. Pozwoliło mi to poukładać swoje przeżycia i nazwać moje emocje (cześć potrzebo strukturyzowania, fajnie, że wpadłaś do mnie do Indii ;))

Tyle mogłam napisać, reszta pozostaje w serduchu. I jedna myśl tylko na koniec, którą nieustannie kotłuję w głowie: najwspanialsze chwile w życiu pojawiają się czasem ot tak, jakby same spadają Ci na głowę z kosmosu, jeśli masz głowę otwartą i poddasz się doświadczaniu.
I są za darmo.

Zdjęcia fotoreporterów z wydarzenia możecie zobaczyć TU.
Artykuł z wydarzenia przeczytacie TU.
Przemówienia Dalajlamy z opisanego przeze mnie dnia wysłuchacie TU.

PS: Ponieważ przed, podczas i po zakończeniu konferencji Dalajlamy nie można było robić żadnych zdjęć, w artykule wykorzystałam zdjęcia zrobione w Bylakuppe w drugiej części tego dnia, a także zdjęcia mnichów buddyjskich zrobione przeze mnie w Nepalu w 2015 roku, w tybetańskich świątyniach (podobny klimat miejsc, więc można powiedzieć, że zdjęcia pasują:)).

                                     Photo credit: Jake van de Velde Fidock

  • Odpowiedz Beata 30 grudnia 2017 at 09:14

    Piękna relacja Kasiu. Mało jest rzeczy, których zazdroszczę ale tego spotkania z Dalajlamą tak. Niewiele jest ludzi na świecie cieszących się taką haryzmą i szacunkiem jak Dalajlama. Ściskam i życzę Ci podczas podróży jak najwięcej tak wspaniałych doznań i stanów umysłu.

    • Odpowiedz Kasia admin 31 grudnia 2017 at 09:02

      Bardzo dziękuję Beata! To spotkanie było magiczne. Spotkałam nie tylko wybitnego człowieka, ale i doświadczyłam niesamowitych emocji, za co jestem bardzo wdzięczna 🙂

  • Odpowiedz Ewelina_Mi 7 stycznia 2018 at 14:25

    Wow super emocje i super oddane Ale się jaram czytając to….. masakra hihihi

    • Odpowiedz Kasia admin 11 stycznia 2018 at 15:40

      Dziękuję! 🙂 A emocje były mega, to prawda!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *